święta

Do świąt jeszcze kilka chwil… a u mnie pogoń! Ścigam się z czasem! Ma być idealnie, po prostu pięknie. Tak jak sobie wymyśliłam…

Biegam w poszukiwaniu idealnych prezentów, najlepszych składników na świąteczne dania, bombek jak z bajki i girland, sięgających do nieba. Myślę o tym, aby dom wyglądał świetnie, choinka olśniewała i w ogóle panowała bożonarodzeniowa atmosfera… Podenerwowana, napięta jak struna, pędzę to tu, to tam, żeby ze wszystkim zdążyć, żeby czegoś nie przegapić, coś nie umknęło, bo cały plan runie jak domek z kart… Lista długa i mam wrażenie – nie ma końca. Systematycznie odkreślam elementy świątecznej układanki. Tylko coraz bardziej jestem zmęczona i sfrustrowana tłumem ludzi, podobnie jak ja, uczestniczących w organizacji Bożego Narodzenia. Czy też mają dość? A może inne kobiety są lepiej zorganizowane? Nie wiem, ale wiem jedno: ideał wymaga poświęceń, więc szukam najpiękniejszej choinki, najlepszej kapusty i pichcę ten bigos, pierogi, makowiec, pierniczki, a w międzyczasie robię porządki i staram się nie padać ze zmęczenia, bo jeszcze tyle zostało do zrobienia, poprawienia, nadrobienia… 

W tym przedświątecznym amoku – wybieraniu najlepszych upominków, najpiękniejszych ozdób, i najsmaczniejszych potraw na wigilijny stół dobrze jest się zastanowić: czy ten ideał jest dla mnie, aż tak ważny? Zawsze można coś poprawić, zrobić lepiej, efektowniej, itd… ale czy oto chodzi w tym całym zamieszaniu? Nie jestem idealna i nigdy nie będę… mój dom nie jest idealny są piękniejsze i choinka trochę krzywa… a tak się starałam, a najdroższa bombka wypadła mi z ręki i nikt jej już nie zobaczy… A bigos, troszkę się przypalił, pierogi też nie takie idealne jak robi mama… Smutno mi.

Czy to istotne? Może lepiej zwolnię i przygotuję wszystko po swojemu czyli nieidealnie, za to z miłością, troską i zadowoleniem

Zapomniałam, co oznacza Boże Narodzenie. Dałam się wciągnąć w ten cały reklamowy wir, bombardujący mnie wokół. I pewnie ta refleksja nie przyszłaby do mnie, gdyby nie zmęczenie i złość. Przecież nadchodzi czas miłości, pokoju i życzeń. Czas spotkań z rodziną. Nie muszę realizować wizji, jak z reklamy, żeby pobyć z najbliższymi i kochać ich takimi, jakimi są – z ich złośliwością, rozpolitykowaniem i czułością, z naiwnością, dobrocią i hojnością.  

Dom to nie mury, nie świąteczne dekoracje, ani nawet wykwintne potrawy, to przede wszystkim wzajemne obdarowywanie się bliskością i obecnością. Oczywiście, że nie zrezygnuję z wyjątkowej atmosfery i tradycyjnych dań, ale zrobię to po swojemu. I co z tego, że nie będzie dwunastu potraw, a tylko dziesięć, i co z tego, że makowiec będzie ze sklepu. Ciszę się, że wszyscy spotkamy się przy wspólnym stole, że znów padną te same pytania, że będzie trochę krytyki, i wreszcie dużo śmiechu i kolędowania. Ta moja nieidealna rodzina… i nieidealne, cudowne święta. 

W najcudowniejsze rzeczy trzeba wierzyć, żeby móc je zobaczyć. W latające renifery i anioły. W pokój na ziemi, dobrą wolę, nadzieję i radość. One są prawdziwe, ponieważ ich istnienie można sobie wyobrazić. Boże Narodzenie to nie jest data w kalendarzu, to jest stan świadomości.   

 

Napiszcie, czy ulegacie świątecznej pogoni za prezentami i czy też macie syndrom „idealnych świąt”?