śmierć

Zastanawiam się nad śmiercią. To temat ponury. Dziś, nie jest modne poruszanie tego zagadnienia. Żyjemy w kulcie młodości, sukcesu i bogactwa. Rozpaczliwie „czepiając” się kolejnego dnia, imprezy, jedzenia, seksu, zakupów. Można wyliczać bez końca. To przysłania inne elementy życia. Zagłuszamy upływ czasu, uczucia, tęsknotę, ostateczny koniec.  Dlaczego? Czyżbyśmy bali się śmierci?

Wizja śmierci przeszkadza w przeżywaniu radości, nie pozwalając niczym cieszyć się w pełni. Bo oto, wszystko, co z takim mozołem wywalczyliśmy, co zgromadziliśmy w końcu nie będzie miało większego znaczenia. Starania, edukacja, wyrzeczenia, pogoń za dostatkiem, władzą – ten cały blichtr,  od którego rozpiera duma. Czymże jest w obliczu ostateczności? Jedynie atrapą trwania. Pragnieniem nieśmiertelności.

Myśląc o śmierci, czuję lęk. To strach pierwotny, wpisany we mnie. Oczywisty. Intrygujący i skłaniający do przewartościowania. Próbuje zmierzyć się z czymś tak nieuniknionym, tajemniczym i być może pięknym.

(…) śmierć i tak nas znajdzie. Zjawi się ubrana w pelerynę niewidkę, machnie czarodziejską różdżką i strzepnie nas z tego świata, kiedy będziemy się tego najmniej spodziewali. Wymaże wszystkie ślady naszego istnienia na ziemi i wszystko to zrobi za darmo. Nie poprosi o nic w zamian. Ukłoni się na naszym pogrzebie, przyjmie wyrazy uznania za dobrze wykonaną robotę i zniknie. Tehereh Mafi

Nikt nie ma władzy nad czasem. Panem niszczenia i wiernym sługą śmierci. Czasem – wywołującym kryzysy, wyrywającym z błogiego stanu trwania w przeświadczeniu, że wszystko wolno. On budzi każdego do zweryfikowania swojego życia. Do refleksji, że nic nie jest dane na zawsze. I gdy z przerażeniem spoglądasz „śmierci w oczy” – już wiesz, że życie, to coś więcej niż labirynt mniejszych i większych interesów. Bo chcesz trwać, mimo że choroba trawi twoje ciało, potem, gdy gaśnie najbliższa ci osoba, gdy zdycha ulubiony zwierzak, przeżywasz rozwód… Ogarnia cię przerażenie, bezbronność  i jesteś w stanie zapłacić każdą cenę, pokonać największą przeszkodę, aby uciec przed niszczącym wszystko czasem i przed śmiercią. Wtedy rewidujesz swoje priorytety.

Odchodzisz. Codziennie zbliżasz się do ostatecznego końca. Masz rozdzierające poczucie kruchości i drogocenności każdej chwili i każdego istnienia. Pojawia się głębokie, czyste, bezgraniczne współczucie. Powoli dociera odpowiedź. Nieśmiało daje o sobie znać. Chodzi o coś więcej, niż tylko sukces, zdobywanie, pracę. Raczej o to, aby pozostawić po sobie coś, co przetrwa dłużej, niż my sami – momenty miłości, współczucia, otuchy, dzielenia się doświadczeniem. Tego, co tak naprawdę czyni nas szczęśliwymi, spełnionymi i bezpiecznymi. Wtedy śmierć już nie przeraża. Staje się nieodzownym elementem życia. 

Każdy człowiek, nawet najskromniejszy, zostawia ślad po sobie. Nie da się więc człowieka zamknąć w granicach jego narodzin i śmierci, jego życie zahacza o przeszłość i sięga w przyszłość. Antoni Kępiński